wielkiej wyprawy w Małą Fatrę. Pogoda wymarzona, nie wyobrażam sobie zmarnować tegoroczną majówkę na siedzenie w mieście. Kwatera trafiła nam się bardzo fajna, zwykłe małe pokoiki, żaden wielki standard ale wygodnie, na dole kuchnia, sala do posiedzenia, na tarasie grill i duży stół, kawałek trawnika z huśtawką, zjeżdżalnią i piaskownicą- czego więcej trzeba? Najważniejsze że można było przyjechać z kotem. Kot wyjazd przeżył w całości choć miał jedno spotkanie na wysokim szczeblu z psem.
Przyjechaliśmy koło południa, wybraliśmy się na obiad na którym dziewczyny się głównie krzywiły, a potem w drogę- pierwsza trasa zaplanowana była w Janosikove diery czyli po prostu dziury. Trasa miała być w naszych zamierzeniach krótka ale w sumie chodziliśmy po dierach ponad trzy godziny.
Panny Janosikowe:


Robi się coraz kamieniściej i ciaśniej:

Drabinki były tez większe niż te ale wtedy trzeba było (albo trzebało jak mówią Panny) się skupić na trzymaniu Młodych a nie na fotach:


W głębokich dziurach leżał śnieg:

A przy potoku był konkurs rzucania kamykami:

Następnego dnia wyruszyliśmy nieco wyżej. Za cel obraliśmy sobie Chatę na Gruni, koło niej jest całkiem fajny plac zabaw, myślę że gdyby przy każdym schronisku górskim był plac zabaw motywacja dzieci do chodzenia po górach wzrosła by mocno.


W tle piękne ośnieżone szczyty a Młode pożerają "nagrodę" czyli batoniki:

Ponieważ dzień był długi po południu wybraliśmy się jeszcze zwiedzić Hrad Streczno. Już sam dojazd do niego był atrakcyjny bo przepływaliśmy promem przez rzekę. Sam zamek też bardzo ładny, zwiedzaliśmy go z panią przewodnik i mimo podobieństwa języka słowackiego i polskiego muszę przyznać że niewiele rozumiałam...

Kolejnego dnia zaryzykowaliśmy wejście (a raczej wjazd kolejką gondolową) jeszcze wyżej i...wylądowaliśmy na lodowcu ( no prawie):


Oczywiście na wjeździe kolejką na Snilowskie sedlo się nie skończyło, musieliśmy zdobyć któryś z okolicznych szczytów. Wybór był trudny:

Po drodze niektórzy zgłodnieli:

Ale w końcu zdobyliśmy Chleb, w tle za nami Velky Krywan z którego jeszcze zjeżdżali narciarze:

A tu w tle skalisty Velky Rozsutec na który na pewno wejdziemy kolejnym razem:

Na koniec pomachaliśmy z daleka Janosikowi na wzgórzu:

I ostatni dzień wyprawy spędziliśmy na zasłużonym odpoczynku (Maminka nawet zjeżdżała ze zjeżdżalni ale po jednym przynurkowaniu mi przeszło):
